Wspomnienia byłych nauczycieli...

 


 

MAŁGORZATA MIELCAREK (ŚWIATŁOWSKA), 

 NAUCZYCIEL JĘZYKA POLSKIEGO

„Gdy szukam wspomnień, które trwały ślad pozostawiły we mnie, kiedy podsumowuję godziny, które miały dla mnie znaczenie, odnajduję nieomylnie to, czego żadne bogactwo nie zdołałoby mi zapewnić: nie można kupić przyjaźni człowieka związanego z nami na zawsze doświadczeniami życia.”

Antoine de Saint-Exupéry

Te właśnie słowa francuskiego pisarza nasunęły mi się na myśl, gdy poproszono mnie o napisanie wspomnień z 10 lat pracy w ZSO nr 2 w Poznaniu. Bo dla mnie Krzesiny to nie budynki, wspaniałe wyposażenie, ale ludzie, dzięki którym szkoła ma swój niepowtarzalny styl i charakter, którzy towarzyszyli mi w najważniejszych, najbardziej przełomowych momentach mojego życia. To „stara gwardia”, z którą przeżyliśmy wiele radości, ale też dzieliliśmy smutki. Moje wspomnienia zawsze mają zabarwienie emocjonalne, bo nie można być obojętnym wobec miejsca, w którym zostawiło się część życia.

Tutaj w 1999 roku rozpoczynałam pracę, można powiedzieć tanecznym krokiem, bo nie sposób zapomnieć tańca w przebraniu truskawki podczas chrztu beanów. Miałam szczęście na początku swojej drogi zawodowej spotkać ludzi, którzy, niezależnie od zajmowanego stanowiska, zawsze służyli dobrą radą, których można było zapytać o wszystko, którzy rozwiewali przeróżne wątpliwości młodego nauczyciela, których słowa towarzyszą mi do dziś. Słynne powiedzonko prof. W. Gusta „Wszystko jest g… wobec wieczności” pozwala mi zachować dystans w najtrudniejszych chwilach.

Zespół polonistów, do którego należałam (Ala, Asia, Danka, Laura, Magda, Piotr), to nie tylko koledzy z pracy, doradcy, mentorzy, to przede wszystkim przyjaciele, na których można zawsze liczyć. Moim pierwszym opiekunem była Danka Pacuła, której dziękuję za wszelką pomoc, rady, wskazówki, jakich udzielała mi szczególnie podczas przygotowań do mianowania. z Magdą Madaj prowadziłyśmy dwie pierwsze klasy gimnazjalne – nasza wyprawa w Bieszczady była niezapomniana. Koordynatorem polonistycznych działań była Ala Przydanek, pamiętam nasze narady przed każdym rozpoczęciem roku, podział zadań, obowiązków. Z żadnym problemem nikt nie pozostawał sam. Poczucie przynależności do sprawnie działającego zespołu towarzyszyło mi przez wszystkie lata pracy. To, co razem przeżyliśmy, jest częścią mojej teraźniejszości. z Wami odkrywałam tajniki pracy nauczyciela. Dziękuję!

Krzesiny to wreszcie wspaniała młodzież, uczniowie pełni pomysłów, entuzjazmu, zapału do wszelkich działań. Zawsze będę pamiętać „soczyste” i niepowtarzalne klasy, nasze wyprawy, wspólnie organizowane imprezy, nocne opowieści przy ognisku, które nie zawsze chciało się palić …

Z okazji jubileuszu życzę Dyrekcji, całemu Gronu Pedagogicznemu,

Wszystkim Pracownikom kolejnych lat pełnych sukcesów.

 


 

IWONA JABŁOŃSKA,

NAUCZYCIEL WYCHOWANIA FIZYCZNEGO

Po zakończeniu swojej kariery zawodniczej w 1993 r. szukałam pracy w szkole. Będąc w kuratorium, spotkałam Dyrektora Andrzeja Karasia, który zaoferował mi pracę w ZSO nr 2. Nie wiedziałam, gdzie znajduje się szkoła, lecz zaakceptowałam propozycję, gdyż zapewniono mnie, że oprócz zajęć z wychowania fizycznego będę się zajmowała koszykarzami z „szesnastki”.

Była to grupa chłopców, których nie zapomnę nigdy, gdyż praca z nimi sprawiała mi dużo satysfakcji. Dzięki ich ogromnej pracy i zaangażowaniu, rozsławili szkołę i sięgnęli po najwyższe trofea w szkolnej koszykówce w Poznaniu. Od tego momentu Pan Dyrektor został „zarażony” koszykówką, a szkoła „żyła” basketem. Spowodowało to, że wszystkie zawodniczki na co dzień trenujące w Olimpii Poznań, gdzie byłam trenerem, zostały uczennicami XVI LO. Pomimo wysokiego poziomu nauczania co roku przychodziły koszykarki i z bardzo dobrym efektem godziły naukę za sportem.

W latach 1999 i 2001 szkoła uczestniczyła w miesięcznych wyjazdach koszykarskich do USA. Poza poznawaniem Niagary, Florydy, Nowego Yorku, Chicago itp. Koszykarki wygrywały wszystkie turnieje, co niewątpliwie podnosiło prestiż szkoły i podziw polonii amerykańskiej. Nawiązały się kontakty z uniwersytetami, na których po maturze rozpoczęły studia Daria Mieloszyńska i Kinga Rybarczyk.

 


 

ALEKSANDRA HANDSZU,

NAUCZYCIEL BIOLOGII

W 1961 roku ukończyłam studia na UAM i przez trzy lata pracowałam na uczelni jako asystent naukowy. Z powodu zmiany miejsca zamieszkania i dwuletniej przerwy na wychowanie córki (nie było wtedy urlopów macierzyńskich) 1 września 1966 r. podjęłam pracę nauczyciela biologii w Szkole Podstawowej nr 56.

Było to dla mnie wielkie przeżycie. Chciałam nie tylko przekazać niezbędną wiedzę, ale także zainteresować przedmiotem. Zaprzyjaźniłam się z pracownikami szkoły. Stanowiliśmy przez te lata pracy zawodowej zgrany zespół i każdy koniec wakacji był miłym powrotem do miejsca pracy.

XVI Liceum Ogólnokształcące rozpoczęło swoją działalność 1 września 1991 roku. Naukę podjęli uczniowie w dwóch klasach pierwszych. Było to dla mnie nowe wyzwanie. Musiałam się zapoznać z programem, pisać konspekty do każdej lekcji, aby jak najlepiej uczyć i przygotowywać do egzaminu dojrzałości z biologii. w następnym roku szkolnym, kiedy moi uczniowie ukończyli klasę ósmą, a zarazem szkołę podstawową, otrzymałam wychowawstwo w klasie Ib LO. Do dziś pamiętam twarze moich podopiecznych. Wspominam, jak moi wychowankowie angażowali się w życie szkoły i klasy. Nie zapomnę ich zacięcia sportowego podczas meczów koszykówki. Po raz drugi zostałam wychowawczynią w roku szkolnym 1997/1998 w klasie IIIa. Objęłam tę funkcję po koleżance, która odeszła ze szkoły.

Pracę w XVI Liceum Ogólnokształcącym najmilej wspominam ze względu na kontakty z uczniami i ich rodzicami. w pamięci pozostanie także serdeczne grono koleżanek i kolegów.

 


 

DOROTA GUMPERT,

WICEDYREKTOR, NAUCZYCIEL FIZYKI

 Uczyć dzieci to było moje marzenie. Realizowałam je przez 43 lata. Przez ten cały czas przybliżałam uczniom problemy fizyki. Sprawiałam, że poznawali oni i rozumieli zjawiska zachodzące w otaczającym nas świecie. Wpajałam młodzieży, że nie należy się bać nowinek technicznych. Uczulałam, że trzeba ostrożnie obchodzić się z prądem. Opowiadałam o burzy, zaćmieniach, lotach kosmicznych.

Od 1991 roku uczyłam fizyki młodzież XVI LO. Pamiętam pierwszy rocznik 1991- 1995. Stworzono wtedy tylko dwa oddziały. Klasa ,, a ‘’ to zapaleńcy koszykówki. Chłopcy (między innymi Karol, Jarek, Maciej ) przychodzili do szkoły o godzinie 7:00, aby przed lekcjami potrenować. W ,,babskiej klasie ,, b’’ było tylko dwóch chłopców– Tomasz i Krzysztof. Nigdy nie zapomnę Krzysztofa w pierwszy dzień wiosny przebranego za dziewczynkę. Wyglądał bajecznie…

Kolejny rocznik przyniósł same problemy. Mieszkańcy Krzesin chcieli zlikwidować liceum, stąd nabór był mały, utworzono tylko jedną klasę. ,, Szesnastka ‘’ jednak trwała nadal.

W naszej placówce nigdy nie było tzw. ,, fali ‘’. Drugie klasy organizowały chrzty beanów nowo przyjętym. Wspominam te wydarzenia z przyjemnością, bawili się świetnie zarówno uczniowie jak i nauczyciele. Wszyscy brali udział w różnych śmiesznych konkurencjach, które wymyślała wraz z Samorządem Uczniowskim pani Bożena Waraksa. Pewnego razu pokłon Neptunowi (przebranemu Panu Dyrektorowi) składały rzesze poddanych, czyli wszyscy uczniowie. W następnym roku pan Lechosław Rybka w roli lekarza wyglądał tak profesjonalnie, że dzieci ze szkoły podstawowej były przekonane o objęciu przez niego w naszej placówce funkcji doktora.

Mijały lata, szkoła się rozwijała, przybywało uczniów i pomocy dydaktycznych. Każdy nauczyciel składał zamówienia, a Pan Dyrektor szukał funduszy, aby je realizować. W XVI LO pojawiły się wszystkie pomoce dydaktyczne od kalkulatorów po laptopy i tablice interaktywne. Dzięki temu nauczanie przybierało coraz ciekawsze formy.

Jako nauczyciel fizyki na pełnym etacie pracowałam do 2003 roku, a później do 2010 roku jako emeryt. i to wtedy skończyła się moja szkolna przygoda.

 


 

IZABELA KACZMAREK,

NAUCZYCIEL MATEMATYKI

ROK 1955

Ukończyłam Liceum Pedagogiczne w Poznaniu i dostałam nakaz pracy do Szkoły Podstawowej nr 46. Ówczesny kierownik tej placówki szkolnej przydzielił mi nauczanie wszystkich przedmiotów w klasach drugich. Dyrektor jednak po hospitacjach stwierdza, że najswobodniej prowadziłam matematykę. Toteż od następnego roku uczyłam tylko tego przedmiotu. i tak zostałam matematyczką. Doskonaliłam swe umiejętności i pogłębiłam wiedzę metodyczną w Studium Nauczycielskim.

ROK 1965

Po dziesięciu latach pracy w zawodzie, w związku ze zmianą miejsca zamieszkania i wolnym wakatem w Szkole Podstawowej nr 56, postanowiłam uczyć matematyki w Krzesinach i opuściłam mury poprzedniej placówki oświatowej. W tej szkole w odróżnieniu od poprzedniej mniej czekało mnie problemów wychowawczych z uczniami, ale musiałam uatrakcyjniać lekcje, by pozwoliły opanować materiał z matematyki w stopniu dostatecznym. Pracowało mi się dobrze. Grono nauczycielskie składało się tylko z dziesięciu osób. Atmosfera pracy opierała się na koleżeństwie, a i uczniów można było otoczyć właściwą opieką. Ze ,, słabeuszami ‘’, mającymi trudności w przyswajaniu wiedzy matematycznej, pracowałam po lekcjach. Chcąc, by uczniowie odrabiali prace domowe, postanowiłam zbierać zeszyty z wykonanymi zadaniami zaraz po ich przyjściu do szkoły. Każdą wolną chwilę przeznaczałam na kontrolę pracy domowej. Nie wszystkim się to podobało, ale tym się nie zrażałam.

W latach 1968- 1973 podjęłam pracę w ośrodku metodycznym. To doświadczenie pozwoliło mi ocenić poziom nauczania matematyki w Szkole Podstawowej nr 56. W roku 1985 wraz z innymi nauczycielami tego przedmiotu w wyniku badania nauczania matematyki zdobyłam i miejsce w Dzielnicy Nowe Miasto. w 1974 roku podjęłam studia na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, które ukończyłam w roku 1978.

ROK 1991

Dyrektor podstawówki – Andrzej Karaś chciał podnieść rangę szkoły w środowisku. Miała przestać ona być ,, wiejską szkółką’’. Przyjął młodzież do nowo utworzonego XVI LO. Powstały dwie klasy. Ja już wtedy pracowałam na ¾ etatu, bo byłam na wcześniejszej emeryturze. Dostałam wychowawstwo w klasie 1a. Było to dla mnie duże wyzwanie. Chociaż miałam wyższe wykształcenie, to nigdy w liceum nie uczyłam. Młodzież, która przyszła spoza naszego rejonu, znacznie różniła się od miejscowej, krzesińskiej. Sposób sprawdzania przeze mnie prac domowych jej nie odpowiadał. Dochodziło do częstych utarczek z powodu niekompletności zeszytów. W następnych latach tylko wybiórczo je poprawiałam. Częściej robiłam prace klasowe, czasem układałam nawet dla czterech grup zadania. Starałam się, aby ocenę z mojego przedmiotu każdy uczeń miał zasłużoną oraz obiektywną. Wymagałam od uczniów pracy, ale i dyscypliny zwłaszcza, gdy chodziło o bezpieczeństwo. Wspominam nasz wspólny spacer nad Maltą do ZOO. Zwiedzając ogród zoologiczny, byłam zdenerwowana, ponieważ chwilami towarzyszyło mi kilka osób, a reszta znikała z horyzontu. Na miejsce zbiórki stawiło się 60% uczestników. Reszta samodzielnie oddaliła się. Nie mogłam się doczekać następnego ranka. Zastanawiałam się, czy ich wszystkich zobaczę. Następnego roku wychodząc do ogrodu botanicznego otrzymałam zapewnienie, że taka sytuacja się nie powtórzy. Dotrzymali słowa. Była to moja pierwsza i ostatnia klasa licealna, której byłam wychowawczynią. Potem jeszcze pracowałam do 2002 roku jako nauczyciel.

Teraz, gdy jestem na emeryturze, mile wspominam te lata przepracowane z młodzieżą licealną. Ta najpierw mała szkółka krzesińska, której przybywały klasy, tętniła życiem. Czuliśmy się jak w dobrej rodzinie, przeżywaliśmy wspólnie dobre i złe chwile. Chociaż należałam do nauczycieli wymagających dyscypliny i sumienności (a tacy w społeczności uczniowskiej nie są mile widziani), to dużą satysfakcję sprawił mi fakt, że w przeprowadzonym przez samorząd szkolny rankingu na lubianego nauczyciela też się znalazłam na liście.

 


 

MARIA SKIBIŃSKA,

NAUCZYCIEL JĘZYKA POLSKIEGO

Z osiedlowego molocha, jakim była Szkoła Podstawowa nr 20 na os. Rzeczpospolitej, dyrektor Andrzej Karaś „ściągnął” mnie w 1989 roku dla uzupełnienia braku polonisty do swojej szkoły w Krzesinach, na peryferia Poznania, w trybie dość nagłym. Bez poczucia „wygnania na prowincję”, ale z radością i ulgą powitałam swojskie klimaty, jako że pochodzę ze wsi. Mała szkółka z grzecznymi dziećmi, cisza, świeże wiejskie powietrze (wyjąwszy swąd palonej gumy opon samochodowych wydobywający się czasem z komina domu sąsiadującego ze szkołą), zielone pola ze skowronkami, niedaleko mój ogródek działkowy w Koninku – to było mi wówczas potrzebne. Poczułam się kimś oczekiwanym i upragnionym, doznałam serdecznego przyjęcia, o jakim mi się nie śniło, zwłaszcza ze strony uczniów „mojej” klasy piątej. W gronie – rodzinna atmosfera. Uznałam to za niespodziewany dar losu. Następnym darem było utworzenie w Krzesinach liceum ogólnokształcącego. Czułam się zaszczycona możliwością powrotu do nauczania młodzieży (kiedyś uczyłam w V LO ).

Dziwnym, aczkolwiek śmiałym pomysłem dyrektora Andrzeja Karasia wydawało się osadzenie szkoły średniej w „szczerym polu”. Realizacja pomysłu powiodła się, mimo niezadowolenia „konserwatystów” obawiających się demoralizacji uczniów szkoły podstawowej przez „Bóg wie skąd „ pochodzących pewnie zepsutych licealistów w sytuacji dzielenia się jednym budynkiem.

W nowym liceum absolwenci szkół podstawowych, lękający się odrzucenia przez licea z tradycją, poczuli się bezpiecznie dzięki rodzinnej atmosferze, mimo dużego zagęszczenia budynku i dyskomfortu nauki na dwie zmiany. Liceum zyskało sobie miano „sanatorium” dzięki bezstresowemu klimatowi. Na moich lekcjach języka polskiego często gościła swobodna atmosfera, co nie było pochwalane przez wszystko wiedzącego i coraz bardziej wymagającego dyrektora, ale nie zaszkodziło „procesowi dydaktycznemu” i – miło wspomnieć.

Pojawili się nowi, w większości młodzi nauczyciele, w pokoju nauczycielskim zrobiło się ciasno i wesoło. Z roku na rok rósł poziom nauczania, a liceum pięło się coraz wyżej w rankingach. Zaczęło się otwarcie na świat – pierwsze zagraniczne wycieczki i kontakty z młodzieżą z innych krajów. Szkoła w Krzesinach, teraz Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 2, zupełnie straciła swój pierwotnie prowincjonalny charakter. Rosły ambicje, powstawały śmiałe plany, których realizacji nie byłam już niestety świadkiem z powodu przejścia na emeryturę w 1997 r.

 


 

MARIA SZYDŁOWSKA,

NAUCZYCIEL JĘZYKA NIEMIECKIEGO (do 2007 roku)

Powstanie XVI Liceum Ogólnokształcącego

Doskonale pamiętam początki XVI LO. Rok wcześniej, ze względu na zmianę miejsca zamieszkania, zrezygnowałam z pracy w VII LO i przeniosłam się do Szkoły Podstawowej nr 56. Było to możliwe po zmianie przepisów, które pozwalały na wprowadzenie języków zachodnich zamiast języka rosyjskiego będącego do tego czasu jedynym językiem obcym obowiązkowym. Po roku mojej pracy w szkole, czyli w 1991 roku, poproszono dyrektora pana Andrzeja Karasia o utworzenie jednej klasy licealnej. Chętnych do nauki w naszej szkole średniej było wielu. Wyż demograficzny sprawił, że wielu uczniów zdało egzaminy, ale nie dostało się do liceum ze względu na ograniczoną liczbę miejsc. W związku z tym, na prośbę rodziców i przedstawicieli wydziału oświaty utworzone zostały dwa oddziały licealne. Zawsze z uśmiechem mówię, że liceum „ powstało dla mnie, bym mogła kontynuować w nim pracę”. Zajęcia liceum odbywały się w budynku szkoły podstawowej. Pierwszego września 1992 roku utworzono Zespół Szkół Ogólnokształcących nr 2, w skład którego wchodziły SP nr 56 i XVI LO.

Rola wychowawcy

Zostałam wychowawczynią pierwszego rocznika - kl. Ib, w której przeważającą większość stanowiły uczennice. Rodzynków było czterech. Tak zostało do matury. Klasa „a” miała w wymiarze rozszerzonym język angielski, klasa „b” język niemiecki. w trakcie mojej pracy w XVI LO pełniłam rolę wychowawcy kilku klas. Bardzo lubiłam moją pracę, każdy uczeń był inny, każda lekcja inna. Dbałam, aby nikt się nie nudził. Najtrudniejsze były dla mnie egzaminy dojrzałości. „Zdawałam” je z każdym uczniem. Często byłam bardziej zestresowana od zdających.

Organizowałam też jako wychowawca wycieczki klasowe. Pamiętam szczególnie jedną. Byliśmy w Sudetach, po długiej wędrówce postanowiliśmy jeszcze zwiedzić muzeum, w którym chcieliśmy obejrzeć film na temat roślinności i zabytków okolic. Ponieważ krzeseł w sali było mało, a na podłodze wykładzina, uczestnicy wycieczki rozłożyli się wygodnie na niej i zaczęli oglądać film. Po chwili zapadła taka cisza, że można było słyszeć brzęczenie muchy. Do końca filmu wytrwały bez snu dwie uczennice i z konieczności ja. Żal było budzić wszystkich, tak spokojnie śpiących…

Wymiana

Przedstawiciele klas II a i II b brali udział w wymianie między Klubem Panda z Hanoweru a naszą szkołą na przełomie września i października 1992 roku. Program wymiany obejmował przede wszystkim ekologię. W czasie wizyty w Niemczech przebywaliśmy tydzień w Bredenbeck, ośrodku wypoczynkowym dla uczniów niemieckich, gdzie braliśmy udział w badaniach czystości wody przepływającego w pobliżu strumyka. Na podstawie różnych testów, roślin znajdujących się w wodzie i różnych zwierzątek stwierdzaliśmy, do jakiej klasy czystości można tę wodę zaliczyć. Poza tym zwiedzaliśmy Hanower, byliśmy na wyspie Norderney, gdzie mogliśmy obserwować odpływ i dowiedzieć się wiele ciekawych rzeczy na temat przyrody. Uczniowie mieli możliwość sprawdzić swoje umiejętności językowe. Klaudia, uczennica mojej klasy, złapała bakcyla – ukończyła germanistykę. Rewizyta odbyła się w okresie wielkanocnym w 1993 roku. Zwiedzaliśmy Poznań, Kórnik, Rogalin. We wrześniu tego roku wyjechała grupa uczniów ze szkoły z Panem Dyrektorem Andrzejem Karasiem do Hanoweru.

Zmiany

W czasie mojej pracy zmieniały się przepisy w szkolnictwie. Mam na myśli m. in. nową maturę, powstanie gimnazjów. W XVI LO pierwsze klasy zdawały jeszcze maturą według starych zasad, liceum było czteroletnie. Od czasu wprowadzenia gimnazjów nauka w liceum trwa trzy lata. Zmienił się program, wymagania, egzamin dojrzałości. Poszerzono też ofertę językową. Prócz języka angielskiego i niemieckiego wprowadzono język francuski, później włoski i hiszpański. Uczniowie mieli prócz tego możliwość uczenia się języków w różnych grupach zaawansowania: podstawowej, średniozaawansowanej i zaawansowanej. O przydziale do grup decydował test, na podstawie jego wyników tworzone były grupy. Pierwsze tego typu powstały w naszej szkole. Do nowej matury przygotowywano nas wiele lat. w 2001 roku zostałam wpisana do ewidencji egzaminatorów OKE. Poprawiałam wpierw stare matury, potem „skoszarowana” nowe.

Byłam również świadkiem zmian dotyczących wymagań wobec nauczycieli (w 2003 zostałam nauczycielem dyplomowanym), reform podręczników, zmian dotyczących zwyczajów szkolnych i rewolucji obyczajowej odnoszącej się do zachowania uczniów i ich rodziców. Pierwsze klasy bawiły się na studniówce w szkole, ostatnie w lokalach. Pierwsi uczniowie umieli w skupieniu słuchać nauczyciela, odbierać jego uwagi z „pokorą”, ostatni już niekoniecznie w ten sposób. Na spotkaniach z rodzicami moich pierwszych klas liceum byli wszyscy rodzice, ostatnich klas ok. 30%. Zmieniło się podejście do szkoły, nauczycieli, zapracowani rodzice nie mają czasu dla swoich dzieci.

Otoczenie szkoły

W czasie mojej pracy w tej szkole zmieniało się systematycznie całe otoczenie. Powstały nowe budynki: liceum, później też gimnazjum, nowoczesna sala gimnastyczna. Zbudowano boiska, postawiono wśród zieleni ławki, stoły. Na terenie szkoły znajdują się też dwie sadzawki. Jest gdzie schować się przed słońcem, odpocząć na przerwie. Pierwsi uczniowie mogą mieć problem z rozpoznaniem szkoły.

 


 

MARIA RÓŻA PERZOWA,

NAUCZYCIEL JĘZYKA POLSKIEGO

Był upalny czerwcowy dzień 2000 roku. Z bijącym sercem zdążałam na pierwszą rozmowę z Panem Andrzejem Karasiem, Dyrektorem poznańskiego XVI Liceum Ogólnokształcącego, w którym miałam podjąć pracę jako polonistka. Po minionych doświadczeniach (dopiero co złożyłam wymówienie w innym liceum) wolałam nie czynić sobie złudzeń, że tym razem trafiam na przysłowiowe wyspy szczęśliwe.

Rozmowa przebiegała sprawnie i była zaskakująco rzeczowa. Żadnych zbędnych pytań. Trudno mi było wówczas przyjąć to za dobrą wróżbę. Zostałam jeszcze oprowadzona po budynku szkolnym, zaprezentowano mi wszystkie pracownie. Nie mogłam ukryć zaskoczenia: wyposażenie szkoły nie miało sobie równych. Co tam gabinety – myślałam – wszystko i tak sprowadza się do tego, jacy będą ludzie, z którymi przyjdzie mi zaczynać od nowa…

Jeszcze w wakacje z częścią kadry odbyłam zaproponowany przez Pana Dyrektora kurs komputerowy, co też było niewątpliwym ewenementem. (Jeszcze dziś uśmiecham się na wspomnienie, jak to z niezapomnianym Stefciem, siedząc przed jednym monito-rem, nieustannie szukaliśmy niesfornego kursora.) Tak też zaczął się powolny proces trudnej dla mnie adaptacji w nowym środowisku. Nie będąc w wiośnie życia, rozpoczynałam pracę w zintegrowanym zespole – obca, nieufna, nieco zagubiona. W dodatku obejmowałam klasy po innym nauczycielu. Musiałam się więc liczyć z nieuchronną w takich razach konfrontacją i koniecznością przekonania do siebie przede wszystkim młodzieży.

Chociaż powodów do obaw nie brakowało, szkoła powoli stawała się „moją szkołą”, a pokój nauczycielski – gwarny i życzliwy – wykazywał dużą klasę. Nie byłam indagowana kłopotliwymi pytaniami. Nie miałam też poczucia otaczającej mnie zmowy milczenia. Było normalnie, spokojne, przyjaźnie. Od pierwszych chwil pobytu w szkole zaskakiwała mnie naturalna bliskość, wręcz serdeczność relacji miedzy Dyrekcją a Zespołem. Niemniej była to bardziej życzliwa koleżeńskość niż zbytnia poufałość. Czuło się klimat respektu i poszanowania w sprawach zasadniczych, a zarazem radość, swobodę i spontaniczność w przeżywaniu tzw. szkolnej codzienności. Mówiąc ogólnie: panowała tu niewymuszona dobra atmosfera. Przy tym zawsze wszystko w swoim czasie i w stosownej formie. Charakterystyczne dla tego miejsca były też liczne chwile wzorowo zorganizowanej zabawy, beztroskiego wypoczynku, pełnego relaksu.

Z dnia na dzień coraz bardziej zdumiewał mnie fenomen sprawowania władzy, mówiąc inaczej: styl zarządzania szkołą. Odnosiło się wrażenie, że Dyrekcja jest zawsze i wszędzie, ale zarazem jakby Jej nie było… a drzwi do gabinetu Pana Dyrektora były najczęściej na oścież otwarte. Z czasem też zrozumiałam, że podstawową zasadą, która tu obowiązuje, jest natychmiastowe działanie w pełnym spokoju i z rozwagą przy zachowaniu całkowitej dyskrecji. Przecież to naturalne, że w tak dużym zespole uczniów i nauczycieli nie ma dni bez nieprzewidzianych zdarzeń. Niemniej szkoła nie przeżywała nigdy korytarzowych wstrząsów, życie toczyło się normalnie, choć zapadać musiały czasem trudne decyzje. Pan Dyrektor był człowiekiem wymagającym, ale życzliwym i opiekuńczym, obdarzonym wyjątkową empatią. Tę wrażliwość serca wobec ludzkich słabości i przypadków losu musiał czasem ukrywać pod pozorowaną surowością. Był jednocześnie odważny. Nie bał się prawdy. Nie unikał ryzyka. Za decyzje, nawet te konsultowane, brał całkowitą odpowiedzialność. Niesłychanie sprawny i w pełni kom-petentny. Przy tym ambitny i skromny. Potrafił skutecznie motywować, ale i wspania-łomyślnie nagradzać. Miał dar zjednywania sobie ludzi. Jego profesjonalizm w połącze-niu z pełnią człowieczeństwa tworzył – można rzec – konterfekt „dyrektora doskonałe-go”. w dodatku sprawowany przez siebie urząd nosił tak, jak nosi się skrojony na miarę garnitur – naturalnie i lekko, zaś w sytuacjach szczególnych – z iście królewską godnością, jak przystało zresztą na zodiakalnego Lwa.

Pan Dyrektor posiadał niezwykłą umiejętność wygaszania konfliktów w zarodku i konsolidowania środowiska. Doświadczyłam tego na własnej skórze, kiedy w jednej z powierzonych mi klas wydarzył się nieoczekiwanie dość poważny incydent. Zwróciłam się wówczas z prośbą o pomoc do Pana Dyrektora. Rozwiązanie problemu, jakie natychmiast znalazł, nie tylko zapobiegło nieprzewidywalnym następstwom tamtego zdarzenia, ale było – mam odwagę to powiedzieć – popisem kunsztu dyplomatycznego i strategicznego Pana Dyrektora. Co więcej, zyskując zaufanie i pełną akceptację swojej postawy, poczułam się wreszcie w pełni bezpieczna i doceniona. Nie da się ukryć, że w zdwojonym tempie zaczęły mi odrastać utrącone kiedyś skrzydła!

Jest kalendarzowa wiosna 2001 roku. Szybkim krokiem zbliżają się wakacje. Zaczynam snuć plany na bliższą i dalszą przyszłość. Marzę o szkolnym teatrze. i wtedy niespodziewanie dają znać o sobie problemy ze zdrowiem. Chociaż duch ochoczy… czuję, że nie dam rady. Staję przed dylematem: mimo to próbować, czy bezzwłocznie sygnalizować Dyrekcji o problemie. Decyduję się na rozmowę. Znów przerastając najśmielsze w tych okolicznościach oczekiwania spotyka mnie reakcja człowieka, który zna życie i ma serce. Gdy zawodzi próba zachęty, dodania otuchy, pojawia się ojcowska dłoń: powinnam odpocząć, bo jestem po ludzku fizycznie zmęczona! Pada więc propozycja rocznego urlopu. Przyjmuję ją z zakłopotaniem, ale i nadzieją, że uda mi się odzyskać kondycję. Po roku, za radą lekarzy, muszę jednak poważnie rozważyć przejście w stan spoczynku. Przeżywam kolejny dramat: jak o tym zakomunikować? Tyle już do-świadczyłam dobroci serca od mego Przełożonego, że teraz ma prawo być zawiedziony. Ta nowa sytuacja jest wielką próbą dla obydwu stron. Wychodzimy z niej obronną ręką. Co więcej, szkoła gotuje mi wzruszające pożegnanie. Na uroczystej akademii rozpoczy-nającej nowy rok szkolny mam okazję stanąć po raz ostatni przed młodzieżą i wysłuchać wielu ciepłych serdecznych słów. Moje serce łka z radości… Ostatnia placówka, a teraz mój zawodowo życiowy port płaci mi z nawiązką, chciałoby się rzec: aż nadto szczodrobliwie, bo także za wszystkie minione lata pracy w zawodzie nauczyciela i wychowawcy… Dotąd nie znajduję słów, które mogłyby oddać to, co wówczas czułam.

Dziś trudno rozpoznać w nowej szacie dawną szkołę – tak nieopisanie wypiękniała. Zatrudnia imponującą liczbę (chyba rekordową) znakomitej kadry. Dystansuje w rankingach groźnych do niedawna konkurentów. Utrzymuje rozliczne kontakty. Szczyci się swoimi wychowankami. Budynki szkolne, otoczenie, wyposażenie szkoły, programy stały się wręcz folderowym wzorem. Gdy patrzy się na efekty ostatnich lat, trudno oprzeć się wrażeniu, że jest w tym jakaś niemała doza zuchwałego szaleństwa i brawury. Przecież to prawda, że ten imponujący kompleks jest przede wszystkim spełnieniem nierealistycznych, według miary ludzkiej, snów jednego niepoprawnego Marzyciela i Zapaleńca – zasługującego tym samym na tytuł „Człowieka Najbardziej Pozytywnie Zakręconego”.

Przez minionych dziesięć lat, które dzielą mnie od opisanych wcześniej wydarzeń, w Zespole Szkół nr 2 wszystko się nieomal zmieniło. Jedno pozostało bez zmian: kiedy pojawiam się – zapraszana corocznie na wspólną Wigilię bądź z innej okazji – od drzwi wejściowych, przez sekretariat, bibliotekę, rachunkowość i pokój nauczycielski po gabinety dyrektorskie – zewsząd emanuje to samo ciepło, to samo dobro, ten sam szacunek; to samo niezdawkowe zainteresowanie zdrowiem, sytuacją rodzinną. Wiem, że z tą samą od lat szczerością i sympatią uściska mnie tu niedościgniona w swej serdeczności Bożenka, Pani Ania zaproponuje kawę, radośnie powitają Panie Wicedyrektorki, nie mówiąc już o gabinecie Pana Dyrektora, do którego drzwi będą zawsze, jak niegdyś brama w Soplicowie – gościnnie otwarte.

Gdy więc rozważam swoja zawodową drogę, dochodzę do wniosku, że stała się jakaś nadspodziewana sprawiedliwość i w skrytości ducha dziękuję losowi, że ofiarował mi tak piękną i bezpieczną przystań na lata emerytury. Bo to miejsce ochrania mnie wielkodusznie przed gorzkim poczuciem krzywdy i zapomnienia. Dziś w miarę możliwości śledzę sukcesy szkoły, podziwiam śmiałość, rozmach, odwagę i wizjonerstwo podejmowanych decyzji. Cieszę się jej osiągnięciami i perspektywami. Odczuwam dumę, że wolno mi się z nią identyfikować. Do końca moich dni zachowam też wdzięczność za wszystkie chwile szczęścia, które tej szkole zawdzięczam.

Dyrekcji i całej Społeczności szkoły życzę więc z okazji pięknego Jubileuszu zachowania na długie jeszcze lata tej doskonałej kondycji, a Kadrze i Wychowankom, by w pełni doświadczając charyzmy, która zadecydowała o niezwykłości tego miejsca, czuli się zarazem szczęśliwymi Wybrańcami losu.

Tak trzymać! Szczęść Wam Boże! 

Wspomnienia byłych uczniów... 

 



AGNIESZKA GAJEWSKA (PIOTROWSKA),

MATURA 1998,

WYCHOWAWCA MARZENA CIEŚLA

Gdy wspominam czasy licealne, od razu na mojej twarzy pojawia się uśmiech. To był bardzo miły okres w moim życiu.

Moja klasa składała się z bardzo interesujących i oryginalnych młodych ludzi chcących poznawać i coraz to lepiej rozumieć otaczający nas świat. Pomagali nam w tym znakomici nauczyciele.

Miałam to szczęście, że naszą wiedzę poszerzali ludzie, na których mogliśmy liczyć. Jedni byli bardziej wymagający, inni mniej. Niektórych udawało się uprosić o przesunięcie sprawdzianu, pozostali byli niewzruszeni na takie prośby. Z perspektywy czasu wiem, że to tak właśnie musi być, jeżeli chcemy się czegoś nauczyć. To właśnie ONI - nauczyciele wpoili w nas podstawowe zasady – jak żyć, jak wierzyć w siebie, nie poddawać się. Przekonali nas, że warto marzyć i dążyć do realizacji swoich planów. Dlatego też po tylu latach chciałabym podziękować Szanownej Dyrekcji oraz Gronu Pedagogicznemu za tak wspaniałą lekcję życia.

Pragnę jeszcze tylko nadmienić, że teraz to ja mam zaszczyt uczyć innych w murach ZSO nr 2 w Poznaniu.

Zapomniałabym napisać o najważniejszym- tutaj poznałam mojego przyszłego męża – Filipa.

 


 

JULIA LEWANDOWSKA,

MATURA 2011,

WYCHOWAWCA ALICJA PRZYDANEK

Edukacja w Krzesinach nie zawsze była różami usłana. Pomimo tego te 6 lat spędzonych w peryferyjnej geofizycznie placówce naukowej było okresem zarówno owocnym, jak i pełnym radości.

Pierwsze miesiące spędzone w szkole to czas intensywnej nauki angielskiego, co nieraz okazywało się frustrujące. Także biologia spędzała sen z powiek całej mojej klasie, zarówno gimnazjalnej, jak i licealnej... 

 

Niepotrzebne, wydawałoby się, długie godziny poświęcone niezasypianiu nad notatkami sfinalizowane zostawały różnymi wynikami 5-stopniowej skali, która przecież "o niczym nie świadczy". Zakuwanie wiedzy okazuje się jednak często wynagrodzone; dziś jestem wdzięczna całemu gronu pedagogicznemu (nawet części specjalistów od przedmiotów ścisłych, które są moją piętą achillesową) za włożony wysiłek. 
Trasę barek - stawek - ławki pokonywano podczas przerw, głównie dyskutując. W cieplejsze dni natomiast biegiem, polewając się wodą. Gdy po całym dniu zmagań fizyczno-intelektualnych (ach, te kółka zainteresowań i sks-y), lądowało się w wypełnionym po brzegi autobusie, można było łatwo odpłynąć w inną rzeczywistość.
Jednym z ciekawszych tygodni były dni kultur, podczas których czas lekcyjny wypełniały konkursy wiedzy bądź piosenki danego języka. Kulinarne specjały oraz pokazy mody czy też mini scenki przybliżały uczniom atrakcyjność innych krajów. Innym, mniej chwalebnym, okresem życia szkolnego stał się przeklinany przez większość tak uczniów, jak i nauczycieli czarny tydzień. Wtedy to dopiero można było poprawić wszystkie oceny poniżej naszych oczekiwań; dla wielu był to więc „nieprzytomny czas niedospania”.
Ale to nie wszystko. Ważną częścią szkolnej egzystencji były też wyczekiwane wyjazdy szkolne w czasie wakacji letnich i zimowych, które wspominało się potem przez kolejne miesiące. Grecja i Francja stawały się polem wspólnych doświadczeń; sekretnych oraz tych będących na ustach każdego „krzesińczyka”. Oprócz zagranicznych wojaży świetnymi okazjami do rozwijania swoich umiejętności były plenery malarsko-fotograficzne po Polsce. Zawieszenie na korytarzach szkoły niezastąpionych telewizorów umożliwiło wszystkim oglądanie, niekiedy kompromitujących, zdjęć pochłoniętych pracą warsztatowiczów w nadmorskiej kniei bądź wśród górskich potoków. Działalność plastyczna przenosiła się też do klas lekcyjnych: wspólne malowanie sali Szekspira stało się wesołym i komentowanym projektem "dzieci" Pani Przydanek.
Nie ma tej jednej, jedynej rzeczy, którą zapamiętam najbardziej, ponieważ czas spędzony w moim liceum obfitował w szereg wydarzeń. Jedno wiem na pewno: że Krzesiny będę zawsze wspominała z uśmiechem. 

 

 


 

KRZYSZTOF KMIECIAK,

MATURA 1996,

WYCHOWAWCY: DANUTA PACUŁA, KAZIMIERA SIERADZKA

„Szkoła wciąż żywa w mej pamięci”

Pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, wspominając liceum w Krzesinach, to atmosfera panująca w tej szkole. Było miło i sympatycznie. Odczuwało się wielkie zaangażowanie grona pedagogicznego w swoją pracę, ale relacja uczeń - nauczyciel nie zawsze należała do poprawnych. Czasem nie budziła się sympatia pomiędzy obiema stronami, ponieważ profesorowie byli wymagający i nieustępliwi. Dziś po latach stwierdzam, że chwała im za to. Jako dojrzali ludzie zbieramy owoce ich trudu: wykształciliśmy się, zdobyliśmy kwalifikacje, pracujemy, robimy karierę.

Liceum było dla mnie szansą spotkania wspaniałych, oddanych swojej pracy profesorów. Nie sposób rzecz jasna wymienić tutaj wszystkich i im podziękować, ale chciałbym przypomnieć tych, którzy na moje szkolne życie wywarli największy wpływ.

Nigdy nie zapomnę Pana Dyrektora Andrzeja Karasia. Przyjął mnie do szkoły, pomimo że zdawał sobie sprawę, że należę do urwisów, zbuntowanych młodych ludzi trochę zagubionych. Pilnował mnie osobiście, czasem i chwycił za pejsy, przywołał do porządku. Za to dziękuję.

Kolejną osobą, którą wspominam z uśmiechem na twarzy, jest pani Danuta Pacuła. To ona sprawowała funkcję naszego wychowawcy. Dostała najgorszą klasę samych asów ze mną na czele, a mimo to nigdy nikogo nie przekreśliła . Walczyła o nas jak lew w pokoju nauczycielskim, wysłuchując, co znowu zrobiliśmy. Podchodziła do nas jak do dorosłych ludzi, tłumaczyła i dawała drogowskazy, karciła i chwaliła. Dziękuję Pani za to.

Pamiętam lekcje języka angielskiego: spojrzenie pani Ewy Wrześniewskiej, ciszę w klasie, szepty uczniów przypominających sobie opowiadanie, wertujących coś na ostatnią chwilę w zeszytach. Pani profesor była wymagająca, ale uczciwa. To dzięki pani uporowi i wytrzymałości (wiem, że nie było łatwo) jestem dzisiaj zatrudniony w Oxfordzie.

Nie mógłbym zapomnieć o panu od geografii, Lechosławie Rybce. Potrafił zrozumieć i przymrużyć oko z powodu naszej niewiedzy w bardzo trudnych sytuacjach. Powiedział nam dosadnie bez ogródek: „Opamiętajcie się, nie tędy prowadzi droga.’’ Nieraz uratował nas od wpadki. Dziękuję za szkołę życia, za uświadomienie, że to, co robimy, zaprocentuje .

I ukochana chemia. Nie piszę nazwiska nauczyciela, bo się pomylę. Chemia uczona z uśmiechem na twarzy, z pasją i zaangażowaniem. Pani profesor jednak należała belfrów wymagających. Umiała spojrzeć w nasze dusze. Wstawiała jedynkę, wiedząc, że ona będzie mobilizowała nas do dalszej pracy. Tak się stało i dziękuję za to.

Wiele można by jeszcze pisać, a tak trudno wyrazić słowami to wszystko, z czym wiąże się XVI Liceum Ogólnokształcące. Chciałem w tym krótkim wspomnieniu powiedzieć, jak ważne były dla mnie cztery lata spędzone w murach szkoły. Dzisiaj, patrząc na mój ,,ogólniak’’ z pewnej perspektywy, pragnę życzyć wszystkim pracującym obecnie pedagogom oraz uczącym się licealistom tak dobrej atmosfery nauki, której sam doświadczyłem. Szkoła, profesorowie, system zarządzania, poziom nauczania - te czynniki wywarły na mnie tak duży wpływ, że nie wyobrażałem sobie, aby moja córka mogła się uczyć w innej placówce. Z przyjemnością i z dumą będę odprowadzać ją do szkoły, mówiąc że jestem absolwentem szesnastki.

 


 

ANNA MĄDRZAK,

MATURA 2011,

WYCHOWAWCA ALICJA PRZYDANEK

Moje wspomnienia z liceum są wciąż bardzo żywe. Pamiętam jak dziś pierwszy dzień w nowej klasie. Tradycyjnie przybyłam nieco spóźniona, więc kiedy weszłam do dawnej czwórki, zobaczyłam sporą grupę osób znanych mi tylko z widzenia, które pozajmowały co lepsze miejsca. Pocieszając się, że może jeszcze uda mi się ,,wywalczyć” później dobrą ławkę, usiadłam na samej górze.

Spoglądając w milczeniu na pogrążonych w rozmowie rówieśników, zastanawiałam się, jaka będzie ta nasza nowa klasa. Będziemy zjednoczeni, czy raczej podzielimy się na grupki? Kto z kim będzie się trzymał? Jacy będą dla nas nauczyciele?

Okazało się, że pierwsza klasa to było wstępne poznawanie siebie nawzajem. Trzymanie się najpierw z jedną osobą, by potem niespodziewanie zaprzyjaźnić się z inną. Poza tym to okres, w którym psychicznie było nam bliżej do gimnazjalistów niż do studentów (czyli - rzucanie w siebie papierkami, żołędziami czy kaktusem, rozmowy na przedmiotach, na których wypadałoby uważać i inne).

W drugiej klasie zaczęliśmy robić wstępne plany na przyszłość. Spośród wszystkich przedmiotów wybieraliśmy te, które chcielibyśmy kontynuować w trzeciej klasie oraz rozważaliśmy najlepsze kierunki studiów. Był to więc okres męki dla humanistów, zmuszonych do rozróżniania alleli dominujących i recesywnych oraz dla ścisłowców, próbujących zgadnąć, co autor miał na myśli.

Trzeci rok okazał się najfajniejszy. Wszyscy znali się już dobrze, każdy uczył się tego, czego chciał, a perspektywa najdłuższych wakacji życia (jak obiecywała nasza wychowawczyni) skutecznie motywowała nas do nauki, do matury. Staliśmy się dojrzalszymi i bardziej odpowiedzialnymi ludźmi, którzy wiedzieli już, kim są i, co chcą robić w życiu.

Liceum dało nam nie tylko wiedzę. Ukształtowało także nasz światopogląd, pozwoliło poznać wielu wspaniałych ludzi, którzy niewątpliwie wywarli na nas ogromny wpływ i, pokazując najważniejsze wartości, przygotowali nas do dorosłego życia. Tu przeżywaliśmy nasze pierwsze miłości, być może i pierwsze zawody miłosne, zwalczaliśmy problemy i wspieraliśmy się nawzajem. Mogliśmy się rozwijać, zdobywając dzięki wsparciu szkoły trofea sportowe i pierwsze miejsca na ogólnopolskich olimpiadach.

Ostatnie trzy lata, ten pozornie krótki okres czasu, miał przełomowe znaczenie w naszym życiu. Cieszę się, że spędziłam je w Krzesinach - w szkole, która nie ogranicza, a wspiera, która pomaga, a nie przeszkadza w spełnianiu marzeń.

Moje wspomnienia związane z liceum są jak najbardziej pozytywne. Będę wracać w te mury z ochotą, by czasem raz jeszcze poczuć się jak wszędzie spóźniona nastolatka, której największym problemem był brak kropeczki na odpytywanie z geografii. 

 


 

MONIKA HYBZA,

MATURA 2000,

WYCHOWAWCA DANUTA PACUŁA 

Kiedy z początkiem września pamiętnego roku nie do końca z wyboru i bez entuzjazmu rozpoczynałam naukę w XVI LO, była to nowa, malutka i myślę, że można nawet pokusić się o stwierdzenie prowincjonalna szkoła. Gdy mieszka się na małym osiedlu z dala od centrum, ma się nadzieję, że ten czas szalonych lat licealnych będzie momentem oderwania się od małej społeczności, zawarcia nowych znajomości i wejścia w zupełnie inne środowisko. a tutaj - Ala z przedszkola, Ola z podwórka, Marek z podstawówki. Poza tym blisko do domu, daleko od kin, pubów, centrów handlowych. Trudno tu nawet o wagary, bo uciec stąd można tylko jednym autobusem, zawsze pełnym dojeżdżających i odjeżdżających z pracy nauczycieli.

Szybko jednak okazało się, że „szesnastka” to naprawdę dobra szkoła. Nie było się tam „jednym z wielu” uczniów, ale indywidualną jednostką, która ma swoje imię, nazwisko i osobowość. Klasa, do której trafiłam, była zbiorem przeróżnych ciekawych osobowości, a grono pedagogiczne – pełne „rozmaitości”. Na dodatek bardzo prężnie działający Pan Dyrektor Karaś rozpoczął budowę nowego skrzydła z salami dla klas licealnych, więc perspektywy rozwoju szkoły były obiecujące. Nasze liceum szybko także zdobywało pierwsze miejsca w rankingach szkół, osiągając wysoką pozycję (co było oczkiem w głowie dyrektora). I powoli zaczynała kiełkować we mnie myśl, że to jednak był dobry wybór.

Szkołę tworzą ludzie i to z nimi wiążę się najwięcej moich wspomnień... Nasza wychowawczyni musiała być chyba bardzo przerażona, bo jak wspominam nasze dyskusje i rozmowy na temat życia, to okazuje się, że byliśmy naprawdę trudną młodzieżą. Notorycznie także trafiała przez nas na „dywanik do dyra”(z całym szacunkiem dla Pana Dyrektora), ażeby wytłumaczyć się co też II a narozrabiała (bo to był chyba najbardziej burzliwy okres w naszym życiu), natomiast w pokoju nauczycielskim była zawsze obiektem ataków koleżanek i kolegów po fachu.

Szereg wspomnień wiąże się także z naszymi klasowymi wycieczkami, które były istną zmorą dla pani Pacuły (naszej wychowawczyni).Wiem, że wolałaby odpytać ze 100 maturzystów jednego dnia niż domyślać się, jaki numer jej znowu wykręcimy. Mimo to było ich parę i należały do udanych. a matura z polskiego dzięki naszej pani była czystą formalnością, bo poziom nauczania był naprawdę wysoki.

Historię prowadził Pan Dyrektor Andrzej Karaś (swoją drogą, co zabawne w gronie pedagogicznym na samym początku było dwóch tylko mężczyzn: pan Karaś i pan Rybka), a my z wielkim uporem, wykorzystując sprytnie jego zaangażowanie w budowę nowego skrzydła liceum, próbowaliśmy zamienić lekcję historii w pogaduszki o postępach w budowie, która bądź co bądź była dla nas ważna. I udawało się czasem...

Urocza pani Waraksa od chemii z burzą blond loków, wyglądem lekko wyrośniętego anioła, na przerwach zawsze tryskająca humorem i oblegana przez uczniów, po dzwonku w klasie bez mrugnięcia okiem stawiała pały za brak znajomości pierwiastków, ale i tak ją lubiliśmy...

Klasa z poszerzonym językiem angielski nie mogła obejść się bez anglistki pani Wrześniewskiej, u której „kropki” do wykorzystania kurczyły się w pierwszym tygodniu nowego semestru. 5 minut grozy, kiedy „Wrzesia” pochylała się nad dziennikiem i złowrogo przesuwała długopisem po liście nazwisk, ażeby wybrać osobę, którą potem przez 20 minut maglowała z regułek i zdań do tłumaczenia, to było najdłuższe 5 minut w ciągu dnia. Strach jednak motywował nas, tak to widzę z perspektywy czasu. Tekst o czerwonym kapturku pamiętam do dziś, a świąteczne piosenki, zwłaszcza „Rudolph the red nose reiner” śpiewam teraz mojej małej córeczce. Język angielski, no cóż, wykorzystuję teraz codziennie w mojej pracy zawodowej.

Nie sposób tu nie wspomnieć także lekcji matematyki z panią Lilianą Losse, a szczególnie pierwszego semestru i klasy, kiedy okazało się, że 70% uczniów jest zagrożonych ocena niedostateczną. Strachu było co niemiara, ale ostatecznie w prawie nienaruszonym składzie dotarliśmy do klasy maturalnej.

Bogate życie kulturalne, wieczory w teatrze, kółka zainteresowań, duży nacisk na sukcesy w sporcie, a także mnóstwo atrakcyjnych zajęć pozalekcyjnych oraz zagranicznych wyjazdów organizowanych w XVI LO sprawiało, że wszyscy szybko przekonaliśmy się, jak dobrym wyborem było to właśnie liceum.

Jesteśmy rocznikiem, który pamięta chyba najbardziej intensywny rozwój tej szkoły i mieliśmy porównanie, jak było, kiedy zaczynaliśmy, a jak, kiedy jako maturzyści, opuszczaliśmy nasze liceum. Dziś, 11 lat po zdaniu matury, jestem naprawdę zadowolona i z dumą chwalę się tym, że jestem absolwentką XVI LO w Krzesinach.

Szkołę tworzą ludzie: nauczyciele i uczniowie, a historię nagromadzone pozytywne emocje, miłe wspomnienia i co rok nowe pokolenie, które opuszcza mury krzesińskiego liceum, niosąc dalej dobre świadectwo o edukacji w tej szkole.

Dziękujemy...

 


 

ALEKSANDRA CZERWIŃSKA (MAFIA),

MARTA SŁAWIŃSKA,

MATURA 2008,

WYCHOWAWCY: BARBARA KIEROŃCZYK, ANDRZEJ KARAŚ

Klasa C - rocznik przełomu

Będąc studentką w okresie różnych egzaminów i trudnych decyzji życiowych, często wracam myślami w beztroskie czasy licealne, gdy nie liczyło się nic oprócz dobrej zabawy i przechodzenia z klasy do klasy. W pogoni za wpisami i wykładowcami przypomniałam sobie jak dobrze mieliśmy w szkole średniej, będąc uczniami klasy dyrektorskiej - „uprzywilejowanej”. Ech, cóż to była za rozkosz móc każdą nawet najbardziej błahą sprawę zgłosić do wychowawcy (dyr. Andrzeja Karasia), automatycznie głowy szkoły, który zawsze wstawiał się za nami niczym ojciec broniący swych dzieci. Oczywiście nigdy nie zmarnowaliśmy okazji, aby odpowiednio to wykorzystać. Kiedy tylko była możliwość przełożenia sprawdzianu, wykłócenia się o wyższą ocenę, skwapliwie z tego korzystaliśmy. Jednak pomijając to, jak zdolną byliśmy klasą pod względem naukowym, nie bez znaczenia pozostają nasze zasługi artystyczne i zdolności aktorskie.

Ślęcząc nad notatkami z metodyki, przypomniało mi się nasze pierwsze wspólne wystąpienie rozpoczynające licealną karierę. Motywem przewodnim chrztu była starożytność (ulubiona epoka naszego wychowawcy), nie mogliśmy, więc zawieść naszego mentora i, jednocząc siły, stworzyliśmy arcydzieło. Przedstawienie pod znaczącym tytułem „Jak Hera straciła cnotę” poprowadziło nas do zwycięstwa. Godziny wychowawcze oraz lekcje matematyki i historii zlały się w jedną wielką próbę szkolącą nasz warsztat. Ogarnięci szałem twórczym opracowywaliśmy coraz to lepsze wersje. Efektem końcowym były niezapomniane kreacje pijanego Zeusa (Dyzia), jego czarującej małżonki Hery (Mafii), duet śpiewających kupidynów(Tomasz, Edzio), mroczny Hades (ewuH), słynący ze swej urody, siły i wadliwej pięty Achilles (Ojciec Dyrektor) oraz cała klasa upojonych ambrozją bogów Olimpu. To było coś, aż chce się wrócić do tamtych czasów. Ale egzamin z metodyki wzywa.

Pomimo wyjątkowo napiętego grafiku sesyjnego, całkowicie już ogarnięta wspomnieniami, dałam się ponieść duchowi młodzieńczych lat i zaczęłam rozmyślać o naszych klasowych wycieczkach. Tyle ich było! Którą wybrać, która najlepsza, najciekawsza? Bezapelacyjnie zwycięża, Gościraj, gdzie pojechaliśmy już nie, jako „koty”, lecz dumni uczniowie klasy drugiej. Nadal pamiętam nasze zdziwione miny, gdy dotarliśmy na miejsce a naszym oczom ukazały się drewniane, surowe acz urokliwe domki w otoczeniu szumiących zielonych lasów poprzecinanych pasami pól i łąk oraz czystych jezior. Pomimo negatywnego nastawienia i zniechęcenia na widok tak spartańskich warunków okazało się, że miejsce to zjednoczyło nas na długie lata. Skazani tylko i wyłącznie na siebie odłożyliśmy na bok uprzedzenia i skupiliśmy się na dobrej zabawie. Nie zabrakło rozgrywek sportowych, podchodów, tańców, karaoke i oczywiście tajnych wypraw w kierunku sklepów monopolowych, jak również długich i szczerych rozmów, podczas których wychowawczyni (p. Barbara Kierończyk), niczym dobra matka służyła radą i zrozumieniem. To ona właśnie łagodziła spory, uczyła nas trudnej sztuki dyskutowania i zawsze motywowała do twórczej działalności.

To dzięki niej więzy w naszej klasie stały się tak silne, by przetrwać lata rozłąki. Nikt nie przechodzi obok siebie obojętnie, zawsze znajdziemy czas, by ze sobą porozmawiać. Z łezką w oku wspominam klasę maturalną, dopiero wtedy poczuliśmy, jak ważni jesteśmy dla siebie. Zaczęły się pierwsze poważne dyskusje, pierwsze wyznania i sprawdzenia naszej dojrzałości intelektualnej. Tuż przed tym ważnym egzaminem była studniówka. Tańczyliśmy aż do rana, ale nie zapomnieliśmy także o naszej skłonności do popisów wokalnych, więc bawiliśmy się na całego. Muzyka była niczym z wiejskiego wesela, ale najważniejsze było to, że byliśmy razem!

Czas szybko mijał i ani się obejrzeliśmy, kiedy nadszedł czas pożegnania. Roniąc gorzkie łzy rozstania opuściliśmy z żalem mury naszej ukochanej szkoły i ruszyliśmy na spotkanie z dorosłym życiem. Teraz, chociaż każdy z nas zajęty swoimi sprawami od czasu do czasu znajdzie czas, by przyjechać na stare śmieci, rozejrzeć się i zamienić kilka słów z ojcem dyrektorem i matką dyrektorką. Co więcej, mimo upływu lat, klasowe pary wciąż są razem, „banda chłopaków” wciąż prowadzi męskie rozmowy o życiu i śmierci, a „babski gang” wciąż spotyka się na ploteczki, a lata spędzone w Krzesinach zostaną w naszej pamięci na całe życie. 

 


 

KINGA ZIELIŃSKA,

MATURA 1997,

WYCHOWAWCA BOŻENA WARAKSA (BALWIŃSKA)

W naszym życiu przechodzimy różne etapy, czasem lepsze, czasem gorsze, krótkie, długie, pełne wzruszeń i uniesień. Te wszystkie okresy w większym lub mniejszym stopniu kształtują naszą osobowość, a nawet i przyszłe życie. Tak jak wybór podstawówki czy przedszkola nie stanowił dla nas większego problemu, bo obowiązek ten całkowicie przenieśliśmy na naszych opiekunów, tak decyzja dotycząca szkoły średniej nie była już taka prosta. Podejmując ją, kierowaliśmy się różnymi aspektami. Niektórzy z nas pewnie myśleli już o przyszłych studiach, innych interesowały ciekawe profile klas, a jeszcze innych łatwy i szybki dojazd do wybranego liceum.

Jeśli o mnie chodzi, to niestety nie mogę pochwalić się wielkimi ambicjami przy wyborze szkoły. Nie miałam konkretnych zainteresowań, a tym bardziej nie wiedziałam, co będę robić po maturze. Tak, po egzaminie dojrzałości, bo maturę przecież trzeba zdać, a do tego nauczyć się języka angielskiego, tak aby sprawnie się nim posługiwać. Dodatkowym atutem była niewielka odległość wybranej placówki od mojego domu.

XVI Liceum Ogólnokształcące spełniało moje kryteria, może i nie należało do tak znanych i prestiżowych jak inne szkoły w mieście, ale już wtedy miało zalety. ZSO nr 2 było na tyle małe, że na przerwie każdy mógł dostać imienne upomnienie od nauczyciela, nawet tego, który nie uczył danej klasy. Uczniowie, jeśli nie znali się z imienia, to na pewno bez problemu kojarzyli wszystkich z widzenia. Pamiętam, że będąc w pierwszej klasie, dopingowałam kolegów z klasy maturalnej do pomyślnego zdania egzaminu.

Nauczyciele byli różni, na pewno wpływali na każdego z nas w rozmaitym stopniu. Niektórych już nie pamiętamy, a inni długo śnili nam się po nocach. Wychowawczynią mojej klasy była pani Bożena Waraksa, chemiczka. Byliśmy jej pierwszą klasą wychowawczą. Stanowiło to dla niej wielkie wyzwanie. Oczywiście nie byliśmy aniołkami, często zachowywaliśmy się dziecinnie, ale pani Waraksa zawsze starała rozmawiać z nami jak z dorosłymi, często tracąc swój cenny lekcyjny czas. Mnie zawsze kojarzyć się będzie z wielką burzą blond loków na głowie i ogromnym poczuciem humoru.

Niestety byliśmy tą klasą, która od początku nie miała szczęścia do polonisty. Nie wypowiadam się tu na temat przygotowania merytorycznego nauczycieli do zawodu. Wina leżała po stronie uczniów, ponieważ z łatwością przychodziło nam burzenie spokoju na lekcjach. Niestety trudno było nas opanować, a zwłaszcza kiedy zajęcia odbywały się w sali zwanej przez nas wdzięcznie „korytami”. Odbywały się tam zajęcia z języków obcych. My wykorzystywaliśmy ją w innych celach- prowadziliśmy w czasie lekcji długie rozmowy towarzyskie. Nigdy nie zapomnę tematu wypracowania zadanego nam za karę przez jednego z polonistów (niestety nie pamiętam jego nazwiska). Temat jego brzmiał: „Brak czasu jako nadmiar czasu”. Chyba do tej pory miałabym problem z zebraniem argumentów.

Nasze problemy z ojczystym językiem skończyły się, kiedy to z urlopu macierzyńskiego wróciła do nas pani Danuta Pacuła. Słyszeliśmy o niej co nieco i wiedzieliśmy, że tak łatwo już nie będzie. Krążyły o niej legendy, ale o tym, ile w nich było prawdy, mieliśmy przekonać się sami. Choć musieliśmy włożyć wiele wysiłku, ale nasza wiedza była ugruntowana i czuliśmy się przygotowani do matury.

Jak wspomniałam wcześniej, znaleźli się w tej szkole też nauczyciele, którzy u niejednego z nas wywoływali koszmary senne. Dla mnie takim pedagogiem była anglistka – pani Ewa Wrześniewska. Stany lękowe wynikały z tego, że orłem z języków obcych nigdy nie byłam i zawsze musiałam poświęcić więcej mojego cennego czasu na ich naukę. Nadal pamiętam ten stres przed rozpoczęciem zajęć, kiedy to wybrańcy byli przepytywani z ostatnich lekcji. Oczywiście wiedzieliśmy, że pani Wrześniewska ma swój system i można było wywnioskować, kogo będzie pytać i pięknie się na tę okoliczność przygotować, ale w moim przypadku nic to nie dawało, stres zawsze był wielki. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, wiem, że pani Wrześniewska przyczyniła się do ugruntowania mojej podstawowej wiedzy z języka angielskiego i dziś bardzo jej za to dziękuję.

Oczywiście atmosferę w szkole tworzyli nie sami nauczyciele, ale też my, uczniowie. To dzięki kolegom chciało mi się iść do szkoły, mimo kolejnego sprawdzianu. Może i klasa nie była bardzo zgrana, ale wszystkich wspominam miło. Nigdy nie zapomnę, jak chłopcy rzucali się podstawkami od kwiatów i malowali Wikingów na tablicy, a dziewczyny robiły laleczki voodoo (nie wskażę dlaczego). Wspólne zainteresowania, pierwsze miłości często rekompensowały nam stres i nadmiar obowiązków szkolnych.

Trudno mi tu wspomnieć o wszystkich nauczycielach, mam więc nadzieję, że mi wybaczą, i wymienić wszystkich kolegów, bo obawiam się, że moje wspomnienia przekształciłyby się w powieść dla nastolatków.

 


 

MICHAŁ SZAŁA,

MATURA 2007,

WYCHOWAWCA ALICJA PRZYDANEK

Któż by przypuszczał, że aż sześć lat mojego nastoletniego życia, przypadających między 2001 a 2007, miałem poświęcić nauce w pobliskich Krzesinach. Przekraczając próg ZSO 2 jako uczeń pierwszej klasy gimnazjum, podjąłem ‘walkę o przetrwanie’ w dość dużym gronie rówieśników. Szkoła jest znana przede wszystkim z możliwości nauki wielu języków obcych, w moim przypadku były to języki: angielski, niemiecki i łaciński. Kończąc Gimnazjum nr 29 z wieloma obawami związanymi ze zmianą szkoły, postanowiłem kontynuować naukę w tym samym zespole. Jako uczeń XVI LO z zapałem ruszyłem do przygotowań związanych z maturą.

Rozpoczęcie roku szkolnego zawsze odbywało się przy akompaniamencie odgłosów rolniczych maszyn na pobliskich polach. To był urok jedyny w swoim rodzaju w porównaniu z innymi miejskimi szkołami. O ile pamiętam, siedziałem w jednej ławce z kuzynem Jakubem (licząc podstawówkę byliśmy w jednej klasie przez 12 lat!) - zwykle w miarę blisko tablicy i przy oknie z widokiem na wiejski krajobraz. Nasza wychowawczyni, pani Alicja Przydanek, dzielnie przetrwała ‘współpracę’ z klasą „Be”. Prowadziła nasze lekcje języka polskiego z elokwencją. Jej promienny uśmiech nie znikał nawet, jeśli bardzo wytrwale próbowaliśmy odbiec od tematu zajęć. Język polski stał się dla mnie przeszkodą do pokonania.

Rozjaśnianiem naszych umysłów zajmowało się wspaniałe grono nauczycieli. Myślę, że najbardziej dotkliwe ‘rozjaśnianie’ odbywało się na lekcjach biologii z panią Agatą Rybką. Sprawiała, że nasza czujność i poziom adrenaliny utrzymywały nieustannie wysokie wartości. Na szczęście zdołaliśmy sprostać oczekiwaniom, a pani Rybka doskonale zahartowała nas podczas rozwiązywania stosów arkuszy egzaminacyjnych. Już wtedy myślałem o studiowaniu nauk przyrodniczych i marzyłem o studiach medycznych. Los pozmieniał moje plany i aktualnie spełniam się na Wydziale Ogrodnictwa i Architektury Krajobrazu Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, który lada dzień ukończę z tytułem inżyniera.

Wytrwałe zmagania z językiem angielskim okazały się drobnostką w porównaniu ze szlifowaniem języka niemieckiego pod opieką pani Małgorzaty Dybzy. Dyscyplina, jaką udało jej się utrzymać przez trzy lata w przyjaznej atmosferze, zaowocowała znakomitymi wynikami na egzaminie maturalnym. Na lekcjach angielskiego od początku były duże wymagania, pierwszy sprawdzian u pani Ewy Wrześniewskiej wywołał na naszych twarzach zaskoczenie, które na pewno nie było udawane. Wyniki w postaci czerwonych jedynek okazały się wyjątkowo motywujące, nawet moi rodzice skomentowali, że uczeń bez jedynki jest jak żołnierz bez karabinu. Ten sam przedmiot jednocześnie prowadziła pani Bogna Kowalczyk i pan Robert Robertson. Pani Bogna posiadała rzadką umiejętność zainteresowania ucznia wiedzą, którą miała nam do przekazania. Wielokrotnie wzbogacała ramowy program własnymi doświadczeniami, żartami i sentencjami. Ta, która zapadła mi w pamięci to stare benedyktyńskie powiedzenie ‘Ora et labora’, które oznacza ‘Módl się i pracuj’. Pan Robert natomiast liczył się z naszymi oczekiwaniami, wprowadzając na lekcjach elementy rozrywki. Uczyliśmy się słówek, grając w karty, na których były przygotowane zadania lub oglądaliśmy filmy z napisami w języku angielskim, na bieżąco tłumaczyliśmy nowe zwroty. Pan Robert pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, dlatego porozumiewaliśmy się z nim wyłącznie po angielsku.

Jeśli chodzi o najprzyjemniejsze zajęcia to dla chłopaków, to były lekcje wychowania fizycznego. Pani Renata Herkt zawsze godziła się na naszą propozycję gry w piłkę nożną. Mimo że należałem do typowych słabeuszy, nie miałem nic przeciwko grze w zespole, nawet na piętnastostopniowym mrozie. Po zimie, jak co roku, zaczynała się wiosna; wiązało się to z częstym przebywaniem na świeżym powietrzu. Uczniowie na przerwach chętnie grali w siatkówkę i w tzw. Zośkę. Zdarzało się, że nawet lekcje były prowadzone na zewnątrz, siadaliśmy na drewnianych ławach i w blasku słońca staraliśmy się przynajmniej udawać skupienie. Po lekcjach chętni wyciągali rakiety do tenisa, by skorzystać z wolnego kortu. Chyba najwięcej śmiechu było na ostatnich zajęciach wychowania fizycznego, kiedy klasy maturalne uczyły się tańczyć poloneza.

Atmosferę w szkole tworzyli koledzy i koleżanki. Kiedy na korytarzu lub w sali niósł się gromki śmiech, to zwykle należał on do Darii. Ma ona ogromne poczucie humoru, które udzielało się nam wszystkim. Grono dziewczyn było w mniejszości, jednak wśród chłopaków zupełnie było to niezauważalne. Obie Agaty zawsze wprowadzały doskonały nastrój w towarzystwie. Jagoda, pełna wdzięku, miała poważne podejście do nauki, tak samo jak Karolina. Gosia była prymuską, ale jednocześnie bardzo aktywnie brała udział w życiu naszej małej społeczności. Z Kasią razem marzyliśmy o medycynie, intensywnie współpracowaliśmy na biologii i chemii, oczywiście na sprawdzianach najbardziej. Olga uwielbiała, kiedy któryś z chłopaków na prośbę muskał jej plecy palcami lub ołówkiem. Chyba każdy dostąpił zaszczytu tak nietypowej adoracji. Madzia z Gregiem tworzyli parę, a Angelika zasłynęła ze słownych wpadek i powiedzeń. Karczi, Haraś, Jacek i Borys byli autorami najbardziej kosmicznych pomysłów, niejednokrotnie kończyły się one głośną aferą. Mimo ostrzeżeń nauczycieli dzielnie realizowali swoje szalone plany. Patrzyliśmy przychylnie, czekając na efekt ich spontanicznych działań. Ludźmi czynu byli także Noris, Bari, Klimek, Pacio i Tomek. W klasie mieliśmy aż czterech Michałów - Mięsień, Kosmo, Świerkus i Szałas czyli ja. Razem z Kubą, Szymonem i Adamem dopełnialiśmy paczkę naszej klasy.

Moja ‘szesnastka’, choć nie była początkowo wymarzoną szkołą, wyposażyła mnie w mądrość i wspomnienia potrzebne w dalszym życiu. Dzięki niej poznałem wspaniałych ludzi wśród nauczycieli, uczniów oraz osób, które dbały o piękne oblicze budynku wraz z jego najbliższym otoczeniem. Odwiedziłem nowe miejsca podczas szkolnych wycieczek i wymiany z Belgami. Doświadczenia z liceum nauczyły mnie patrzeć, wybierać, dostrzegać wartość życia i nauki.

 


 

ANNA KOWALSKA,

MATURA 2000,

WYCHOWAWCY HANNA SOBCZYŃSKA, RENATA GABRIELSKA, JOANNA KORBACZ, DOROTA GUMPERT

 „Niezapomniane młodzieńcze lata!

Szkolne wspomnienia niezapomniane!

Na ciężkich drogach chmurnego świata

Wyście jak balsam na krwawą ranę!

Gdy wstecz obrócę wzrok, taki łzawy,

wnet się jak kamień byt złoci szary-

niech żyje przyjaźń ze szkolnej ławy!

Niech żyją nasze dawne wagary!”

Artur Oppman

Po kilkunastu latach, które minęły odkąd po raz ostatni jako uczennica przestąpiłam progi szkoły, pozostały mi w pamięci tylko dobre wspomnienia. Przypominam sobie szkolnych kolegów i koleżanki, nauczycieli – tych najbardziej surowych, jak i tych uśmiechniętych, przyjaznych. Wspomnienia są różne, a po latach okazuje się, że zapamiętaliśmy bardzo dziwne rzeczy: szalone zabawy w sali biologicznej, podczas których wypchane zwierzątka znajdowały się niespodziewanie w plecakach i teczkach kolegów, organizowanie zabaw z okazji Dnia Chłopaka, Dnia Kobiet, chrztu Beanów. Z licealnych lat pozostały też fotografie, każda z nich to wspomnienie czasu odległego, który już na zawsze przeminął, a mimo to w pamięci osób, których dotyczy, pozostaje wciąż żywy. Z wszystkimi wspomnieniami związani są ludzie, którzy towarzyszyli mi przez cztery szalone lata liceum, wspierali w trudnych chwilach, obdarowali przyjaźnią oraz dzielili się wiedzą.

Albert Einstein powiedział, że większość nauczycieli traci czas na zadawanie pytań, które mają ujawnić to, czego uczeń nie umie, podczas gdy nauczyciel z prawdziwego zdarzenia stara się za pomocą pytań ujawnić to, co uczeń umie lub czego jest zdolny się nauczyć. Miałam szczęście spotkać takiego nauczyciela. Był nim pan Władysław Gust, polonista - człowiek, dzięki któremu uwierzyłam w siebie i w moje możliwości, on nauczył mnie miłości do książek. Wielka osobowość. Nigdy nie zapomnę jak mówił: „Musisz być do tańca i do różańca” lub „Pamiętaj, że pierwsza jaskółka wiosny nie czyni”. Przez siedemnaście lat mojej edukacji nigdy nie spotkałam drugiego takiego człowieka z taką pasją i charyzmą. Myślę, że my uczniowie pana profesora mieliśmy wielkie szczęście, iż w świat naszego ojczystego języka wprowadził nas tak znakomity człowiek. Szkoda, że nie ma go już wśród nas.

XVI Liceum Ogólnokształcące dało mi wspaniałą i solidną szkołę życia. Wyniesiona wiedza była i jest doskonałym fundamentem, na którym buduję moją przyszłość. Jestem bardzo szczęśliwa, że los dał mi „szesnastkę” i Krzesiny, co więcej postawił na mojej drodze wspaniałych nauczycieli i kolegów.

Niezapomniane młodzieńcze lata! Szkolne wspomnienia niezapomniane!”


 

KRZYSZTOF KAŹMIEROWSKI,

MATURA 1995,

WYCHOWAWCA MARLENA SZYDŁOWSKA

Pamiętam jak dziś początek lata roku 1991. Po skończonej ósmej klasie przyszedł czas na egzaminy wstępne do liceum, które niestety nie poszły do końca po mojej myśli. W nerwowej atmosferze poszukiwaliśmy wolnych miejsc. Znalazły się w nowo otwartym XVI Liceum Ogólnokształcącym. Atutem były klasy z rozszerzonymi językami –niemieckim i angielskim.

Krzesiny - gdzie to jest ? Docieram, szkoła trochę na uboczu, na wsi, mała, niepozorna, ale za to ruch ogromny. Wszyscy kręcą się z dokumentami w tym samym celu- dostać się do szkoły. Udało się, jestem uczniem klasy B.

2. Września `91 odbyło się rozpoczęcie roku szkolnego. W uroczystej atmosferze spotkaliśmy się na zebraniu ogólnym, a potem w klasach - z p. Marią Szydłowską. Rozdano plany lekcji i już od następnego dnia pełną parą zaczyna funkcjonować „szesnastka”. Pierwszy rocznik licealistów zaczyna tworzyć historię szkoły. Przed nami cztery lata nauki i matura.

Od samego początku ogromnym entuzjastą, mającym dalekosiężne plany, poświęcającym się bezgranicznie szkole, niczym kapitan za sterami okrętu na bezkresnym oceanie przyszłości, jest dyrektor Andrzej Karaś. Zaraża nas wszystkich przyszłą wizją nowoczesnej, super wyposażonej, przyjaznej szkoły z silną pozycją na rynku edukacyjnym Poznania.

W czynie społecznym w wolną sobotę zjawiamy się prawie wszyscy i nosimy cegły, które układamy i szykujemy pod budowę nowego budynku. Równocześnie trwa zagospodarowywanie klas. Zaczyna się zakup pomocy naukowych, pojawiają się telewizory, odtwarzacze video, nosimy pierwsze komputery na zajęcia informatyki. Tradycyjnie ustawione w klasie ławki w trzy rzędy przestawiamy i tworzymy dwurzędową podkowę. Dzięki temu jakoś przyjemniej i lepiej się uczy, choć potem ten układ zmieniony zostanie na laboratorium językowe ze słynnymi stanowiskami i przegrodami oddzielającymi uczniów między sobą - nazywane przez nas klapami.

Od pierwszych zajęć języka polskiego p. Maria Skibińska przypomina, że już za cztery lata matura i do niej musimy się przygotowywać. Kolejnym nauczycielem tego przedmiotu jest p. Danuta Pacuła - młoda, energiczna i bardzo ambitna. Pamiętam, np. konkurs na wiersz futurystyczny czy też sprawdzian ze znajomości przeczytanej lektury. Choć ją całą przeczytałem i tak poległem na szczegółowych pytaniach. Ostatnim nauczycielem polskiego jest p. Władysław Gust - starszy, doświadczony. To on ze swoim słynnym kajecikiem i z fiszkami na fakultetach w czwartej klasie przygotowuje nas do matury.

Pora na niezapomniane "usiądź-się" pani Izabeli Kaczmarek. Nie było lekko na matematyce. Choć świetnie wytłumaczona i przećwiczona, to jednak męczyły nas zadania domowe kontrolowane codziennie rano przy wejściu do szkoły. Na stoliku każdy uczeń musiał zostawić zeszyt.

Oprócz nauki zwiedzaliśmy również świat, co na początku lat dziewięćdziesiątych nie było tak łatwe i powszechne jak obecnie. Wymiany z Niemcami (np. Neustadt Hannover), wycieczki do Paryża, Londynu i inne pozwalały nam czuć się Europejczykami.

Tworzyliśmy również niezapomnianą atmosferę „szesnastki”. Zorganizowano chrzest beanów, odbyły się wybory samorządu szkolnego, wydano gazetkę szkolną z kuponem na "nieprzygotowanie do lekcji". Pierwsza w historii studniówka miała miejsce w klubie "Angello". Pamiętamy pierniki na mikołajki, które co roku piekła dla nas wychowawczyni p. Maria Szydłowska czy andrzejki, kiedy cała szkoła w ostatni dzień listopada świętowała razem z dyrektorem.

Nigdy nie zapomnę nauczycieli „szesnastki”, których zwyczajowo nie nazywało się profesorami jak w innych szkołach. Poza już wymienionymi muszę wspomnieć: p. Lechosława Rybkę (geografia), p. Dorotę Gumpert (fizyka), p. Aleksandrę Handszu (biologia),p. Bernadettę Szóstek (wos), p. Dorotę Pawlicką (chemia), p. Klaka (muzyka) i innych których nazwisk już nie pamiętam, ale ich twarze mam przed oczami do dziś.

W obecnym roku mija dwadzieścia lat od "naszych" czasów i początków „szesnastki”. Dzisiaj jako nauczyciel spoglądam na szkołę i szukam śladów sprzed lat., jednak nie mogę ich znaleźć. Placówka się rozbudowała, zmieniła. Układ pomieszczeń oraz nowe skrzydła budynku, zakamuflowały te stare kąty, o które opieraliśmy się na przerwach, czy szukaliśmy ustronnego miejsca na nadrobienie domowych zaległości. Tylko ta atmosfera, gdzieś tam po południu, gdy już cisza zapanuje, a na korytarzu już milknie zgiełk pozwala ponownie odczuć i przypomnieć, jak to wtedy było ...

 


 

MAGDALENA JANIAK WOŹNIAK,

MATURA 2004,

WYCHOWAWCA DANUTA PACUŁA, BOŻENA WARAKSA (BALWIŃSKA)

Siedzę sobie przy biurku w niewielkiej redakcji ogólnopolskiego tygodnika i z sentymentem wspominam moją drogę ku dorosłości. Dla jednych może to brzmieć kuriozalnie, dla innych banalnie, ale nie mam wątpliwości, że to, kim dziś jestem i co robię, w dużej mierze jest pokłosiem dorastania w XVI LO w Poznaniu.

To tu nauczyłam się, jak walczyć o swoje, gdy po pierwszej lekcji wf-u trenerka siatkówki namawiała mnie na grę w kosza w szkolnej reprezentacji, podczas gdy ja upierałam się, że chcę w „siatkę”. Pani Joanna Ignaszak, znana z oryginalnego poczucia humoru i rozbrzmiewającego po korytarzach śmiechu, nie omieszkała dać wyraz swojej dezaprobaty wobec mojego pomysłu. W końcu jednak, gdy już dostałam koszulkę reprezentacji „szestnastki”, narażając się swoim kolegom nauczycielom, wstawiała się za mną, jak za każdą ze swych podopiecznych. I do dziś, gdy z przyjaciółmi gram w siatkówkę, słyszę w myślach jej słowa: „Biegaj! Ruszasz się jak stare trampki”.

To w XVI LO walczyłam na poligonie pod dowództwem pana Rybki, który przygotowując drużyny szkoły do zawodów z przysposobienia obronnego, kazał nam rzucać granatami. Oj, były to z pewnością wybuchowe lekcje pokory…

Czasy licealne obfitowały w lepsze i gorsze dni. Były chwile triumfów i upadków, chwile grozy i radości, nawet łzy szczęścia i bezradności. Pamiętam zadowolenie malujące się na twarzy Pana Dyrektora Karasia ze zdobytych kolejnych pucharów i jego smutek po przegranych rozgrywkach. Często wspominam pierwsze klasowe wagary (zabieraliśmy się do nich aż cztery lata), wycieczki klasowe i obozy sportowe, po których nauczyciele chętnie wzięliby tydzień urlopu. Nigdy nie zapomnę lekcji chemii z przeszywającą wzrokiem, ale zawsze uśmiechniętą, panią Bożeną Waraksą, jak również wykrzesujących ostatnie pokłady cierpliwości polonistek: pani Danuty Pacuły czy też pani Alicji Przydanek, które tłumaczyły niepojętnym uczniom, że w wierszu „trup to ktoś, kto umarł”.

Od dziecka marzyłam, by studiować na AWF-ie. Spotkałam nauczycieli, którzy pomagali mi w dostaniu się na upragnioną uczelnię. Pech chciał, że dwa miesiące przed egzaminami podczas szkolnych zawodów doznałam kontuzji nogi. Życiowe plany legły w gruzach. Na maturę szłam o kulach. Los ze mnie zakpił, gdy w czasie egzaminu dojrzałości z j. angielskiego odłożyłam na bok moje rehabilitacyjne „wspomagacze” i wyjęłam kartkę z pytaniami. Polecenie do scenki do opisania przed komisją brzmiało mniej więcej tak: „Złamałaś nogę podczas meczu. Opisz, jak to się stało”. Nietrudno się chyba domyślić, że angliści byli zdezorientowani.

Załamana, bez planów na przyszłość zdałam maturę, lecz nie wiedziałam co dalej. Wówczas pomogła mi pani Alicja Przydanek, dzięki której wybrałam nowy kierunek studiów i przygotowałam się do egzaminów wstępnych. Dziś jestem absolwentką kulturoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Od prawie 5 lat pracuję jako sekretarz redakcji „Przewodnika Katolickiego”. Opiekuję się gazetą, kontaktuję z dziennikarzami, a czasem sama piszę artykuły. Wiem, że np. bycie przewodniczącą szkoły w pewnym okresie mojej edukacji w XVI LO owocuje w dzisiejszej mojej pracy. Jestem osobą zorganizowaną, co docenił mój pracodawca. Stawianie wymagań przez szkołę nauczyło mnie odpowiedzialności, dzięki czemu mogłam założyć rodzinę. a porażki czy drobne sprzeczki z niektórymi nauczycielami czy kolegami dały mi wyraz tego, że nic w życiu nie jest idealne.

Czy to wszystko brzmi aż zanadto sentymentalnie? Być może, ale myśli o mojej starej, dobrej szkole już zawsze będą wzbudzały we mnie takie ckliwe wspomnienia.

 

 


 

 

DAGMARA MULLER, KLAUDIA PAWLAK (JAKUBOWSKA)

MATURA 2003

WYCHOWAWCA BOŻENA WARAKSA

       Wszystko zaczęło się we wrześniu 1999 roku… To wtedy zaczęliśmy się uczyć w XVI LO. Jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego odbyło się spotkanie organizacyjne w szkolnej sali gimnastycznej, na którym dowiedziałyśmy się, że nasza wychowawczynią będzie pani Bożena Waraksa. Burza rudych loków i wulkan energii – tak wspominam pierwsze spotkanie z panią Waraksą w Noc Kupały nad poznańską Maltą.

     Pierwsze wspomnienia są zamazane, ale to pewnie przez nadmiar emocji, który towarzyszył nam podczas trudnych dni w szkole. Nasza klasa od samego początku zgrała się ze sobą i polubiła dzięki temu, że na lekcji wychowawczej opowiadaliśmy o sobie, poznając się lepiej. Jedno z pierwszych zapamiętanych wydarzeń dotyczy tak strasznie znienawidzonego przez pierwszoklasistów chrztu beanów. My z klasy a mieliśmy przebrać się za kwiatki, ci z klas B – warzywa, C – pszczółki i D – narzędzia ogrodowe. Wspólnie stworzyliśmy piękny ogród.

       Gdy już zostaliśmy przyjęci do społeczności uczniowskiej, zaczęła się szkoła na poważnie.

      Największym stresem na początku były lekcje geografii z panem Lechosławem Rybką. Niektórych bolały żołądki ze strachu, kiedy podczas odpowiedzi uświadamiał nam, jak mało wiemy. Na szczęście ten okres szybko minął, my zabraliśmy się za naukę, a pan Rybka okazał się nauczycielem, z którym można było konie kraść. Na zawsze w pamięci pozostaną też lekcje angielskiego, które mieliśmy każdego dnia (ze względu na profil klasy). Na każdej lekcji przynajmniej jedna osoba była wzywana do odpowiedzi. Ktoś wpadł na pomysł odnotowywania numerów uczniów odpytywanych. Powstał dzięki temu system, według którego przed każdym angielskim wskazywaliśmy ofiarę pytaną w danym dniu. Nasze przewidywania sprawdzały się właściwie w 100%, ale i tak zawsze towarzyszył nam  stres i czuliśmy ścisk w żołądku zanim pani Wrześniewska wyczytała nazwisko wybrańca. Nie ma się co dziwić, nikt nie lubi być pytany. Najmilsze były lekcje tuż  przed Świętami Bożego Narodzenia, kiedy wspólnie śpiewaliśmy kolędy. Najbardziej lubiliśmy tę o czerwononosym reniferze. Na lekcjach języka polskiego pani Danuta Pacuła niekiedy traciła głos, starając się nas uciszyć. Wiemy, że bardzo nas lubiła. Dla większości z nas prawdziwą zmorą były zadawane wypracowania, ale to chyba dzięki nim nie mieliśmy potem większych problemów ze zdaniem matury. Doskonale pamiętamy pierwszy sprawdzian z historii, na którym Pan Dyrektor przeniósł nas do czasów starożytnych. To było dopiero wyzwanie… Nigdy nie zapomnimy najdłuższego polecenia, jakie kiedykolwiek zapisaliśmy. Mieliśmy tyle szczęścia, że nauczyciele, którzy przekazywali nam wiedzę w liceum, to byli naprawdę wyjątkowi ludzie. Niektórzy mieli do nas słabość, ale to dlatego, że my byliśmy udaną klasą.

      Na temat naszej wychowawczyni myślę, że każdy z nas mógłby napisać oddzielny rozdział do wspólnej książki. w naszym odczuciu  to cudowna kobieta – ona zawsze dla nas (czegokolwiek byśmy nie zrobili), my zawsze dla niej! Zawsze mogliśmy liczyć na pomoc, wsparcie i dobrą radę. Każdy bez wyjątków!

     Pisząc o szkole, trzeba wspomnieć o sympatycznej tradycji, uwielbianej przez uczniów, nieco mniej lubianej przez samych nauczycieli, związanej z trzynastym dniem każdego miesiąca. Wtedy byliśmy zwolnieni ze wszystkich form sprawdzania naszej wiedzy! Był to jedyny dzień w miesiącu, kiedy mogliśmy bezkarnie być nieprzygotowani do lekcji i oczywiście wykorzystywaliśmy tę możliwość. Rozpaczaliśmy, kiedy trzynasty wypadał w weekend. w pamięci pozostał również pewien dzień wagarowicza, kiedy to wszyscy zgodnie postanowiliśmy uciec z lekcji. Na nasze nieszczęście przystanek autobusowy znajdował się naprzeciwko wejścia do szkoły. Czekaliśmy na autobus, kiedy w pewnym momencie w drzwiach pojawiła się pani Pacuła i zaczęła nas wołać na lekcje. Oczywiście udawaliśmy, że nic nie słyszymy, a pani polonistka w końcu dała za wygraną. Do dziś nie wiem, dlaczego nie poszliśmy na inny przystanek.

    Miłe wspomnienia mamy ze szkolnych wycieczek. Na pewno wszystkim w pamięci najbardziej utkwiła ta pierwsza, niezapomniana, do Zakopanego. Po drodze zwiedziliśmy Kraków, a później wędrowaliśmy już tylko po Tatrzańskim Parku Narodowym. Zdobywaliśmy Giewont, któremu nie wszyscy dali radę. Odbyliśmy wycieczkę na Słowację, podczas której zjedliśmy pyszną pizzę „Złoty Bażant”. Zabawy było co niemiara. Nie była to nasza jedyna klasowa wycieczka, ale zapewne jedyna z taką ilością wrażeń, pozytywnych emocji i przeżyć. Dzięki niej staliśmy się naprawdę zgraną paczką! i tak już było do końca….

     Dobrze bawiliśmy się też na studniówce, do której przygotowywaliśmy się bardzo długo. Zanim w końcu udało nam się zatańczyć poloneza w Adrii, ćwiczyliśmy figury na wielu lekcjach wychowania fizycznego. Przynajmniej jest co wspominać… Po studniówce odbyła się jeszcze tylko tradycyjna wycieczka na Jasną Górę, z której najlepiej pamiętamy smak przepysznych kremówek papieskich i nasze buzie całe od cukru pudru. Niezapomniany widok!

     No i nadszedł czas matur! Stresowaliśmy się wszyscy, ale daliśmy sobie znakomicie radę. Niestety oznaczało to koniec pewnego etapu w naszym życiu.

      Przez pierwsze trzy, cztery lata po maturze staraliśmy się przynajmniej raz w roku spotkać w większym gronie, ale z każdym rokiem było nas coraz mniej, aż w końcu nasze klasowe spotkania przestały się odbywać. Dziś zdecydowana większość z nas jest już dawno po studiach, niektórzy mają swoje rodziny. Mamy ze sobą sporadyczny kontakt, oczywiście niektóre przyjaźnie przetrwały próbę czasu i dzięki temu udało się wspólnymi siłami spisać kilka naszych wspomnień dotyczących tych cudownych licealnych lat.

 

Zlote_liceum_2016

Zlote-liceum-2015

Fundacja Edukacyjna „Perspektywy” potwierdza, że XVI Liceum Ogólnokształcące w Poznaniu z Oddziałami Dwujęzycznymi im. Charles de Gaulle’a w Poznaniu jest wśród najlepszych liceów w Polsce sklasyfikowanych w Rankingu Szkół Ponadgimnazjalnych PERSPEKTYWY 2015 i przysługuje mu tytuł „Złotej Szkoły 2015”.

perspektywy_2015

MOBILNY INFORMATOR DLA MATURZYSTÓW 2016

srebny-medal-ranking-poznan-liceum

Wyszukiwanie

Losowe zdjęcie

prezentacj007.jpg
logo

stom

logo_bip

wiarygodna-szkola2

Odwiedzający

Naszą witrynę przegląda teraz 216 gości 

Created by Jakub Wilczewski